Dziennik Gazeta Prawana logo

Trzeba działać w trybie „na ratunek”

25 lutego 2021

Janusz Meder: Przy nowotworach czas jest podstawową sprawą, ponieważ komórki nowotworowe dzielą się w szybkim tempie

Fot. mat. prasowe

Dr n.med. Janusz Meder, onkolog z Narodowego Instytutu Onkologii, prezes stowarzyszenia Polska Unia Onkologii

Śmiertelność chorych na nowotwory w pandemii wzrosła – alarmują lekarze onkolodzy. Potwierdzają to dane dotyczące zgonów chorych onkologicznie?

Byłbym ostrożny w takich sformułowaniach; są to spekulacje. To, o czym się w tej chwili mówi, wynika z obserwacji związanych z przebiegiem pandemii w ostatnim roku. Kierujemy się również danymi, które pochodzą ze źródeł zagranicznych, czy to z Europy zachodniej czy ze Stanów Zjednoczonych, gdzie robi się różne prognozy, przewidywania, symulacje i obserwuje się podobny problem, jak w Polsce. Sprowadza się on do tego, że w okresie pandemii wyraźnie zmalała liczba nowych chorych, którzy zgłaszają się do szpitali onkologicznych. Jest to więc problem ogólnoświatowy, obserwowany również w Polsce. My możemy się posiłkować danymi NFZ, które wskazują wyraźnie, że największy problem wystąpił w miesiącach: kwiecień, maj, czerwiec 2020 r. Wówczas wystawiono zdecydowanie mniej kart DiLO, tak zwanych zielonych kart przyspieszających diagnozę i leczenie onkologiczne. W miesiącach wiosenno-letnich wystawionych kart było w granicach 30–40 proc. mniej, niż w tym samym okresie przed pandemią.

Dodam, że nie można się tu kierować tylko tymi danymi, bo NFZ obliczyło, że spadek wypełnienia kart DiLO przez cały ubiegły rok wynosił 10–12 proc., więc ta średnia nie jest aż tak bardzo zatrważająca.

Ten spadek był spowodowany strachem przed koronawirusem czy były też inne powody?

Nie znamy danych, ilu pacjentów z podejrzeniem nowotworu rzeczywiście nie zgłosiło się do lekarza. Sam fakt, że nie wystawiono kart DiLO, nie znaczy, że jest to całościowy obraz, który pokazuje, ile osób nie przyszło do onkologa ze strachu, w obawie, żeby się nie zakazić. Były też kwarantanny, zamykano oddziały, zamykano ambulatoria; w tym trudnym okresie ubiegłego roku dostęp do lekarzy zarówno rodzinnych, jak i lekarzy specjalistów był dosyć ograniczony. W naszym kraju kilkadziesiąt osób personelu lekarsko-pielęgniarskiego zmarło z powodu ciężkiego przebiegu u nich COVID-19.

Jak pan więc ocenia sytuację, jeśli chodzi o dostępność procedur diagnostycznych? Na ile było to ograniczenie dostępności do klasycznego leczenia nowotworów?

Pokierujmy się znów twardymi danymi, które posiadamy; z jednej strony nastąpiła bardzo szybka reakcja naukowych towarzystw onkologicznych takich jak Polskie Towarzystwo Onkologiczne, Polskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej, Polskie Towarzystwo Chirurgii Onkologicznej, Polskie Towarzystwo Ginekologii Onkologicznej, Polskie Towarzystwo Radioterapii. Sporządziły one zalecenia dotyczące tego, w jaki sposób postępować w okresie pandemii, żeby ograniczenia związane z dostępem były odczuwalne w jak najmniejszym stopniu. Te wytyczne były rozesłane do wszystkich szpitali i przychodni onkologicznych. Według danych Polskiego Towarzystwa Chirurgów Onkologicznych, zwłaszcza w tym pierwszym okresie pandemii, wiosną i latem, niestety liczba wykonywanych zabiegów operacyjnych spadła aż o 40 proc. Zaczęły się wydłużać kolejki oczekujących, bo nie były realizowane zgodnie z zapisami właśnie przez to, że zamykano oddziały, w tym oddziały intensywnej terapii współpracujące z oddziałami chirurgicznymi; część personelu albo szła na urlopy w związku z opieką nad dziećmi, albo sama chorowała, albo musiała być odizolowana ze względu na kontakt z osobami zakażonymi. Był to więc duży problem, który spowodował, że pacjenci, którzy byli zapisani w tych kolejkach, dopiero teraz systematycznie są zapraszani na zabiegi, które powinny się odbyć wiele miesięcy temu.

Ta sytuacja musiała wpłynąć na rozwój nowotworów u chorych.

Przy nowotworach czas jest podstawową sprawą, ponieważ komórki nowotworowe dzielą się w szybkim tempie. Typowym przykładem są ostre białaczki i chłoniaki o agresywnym przebiegu, gdzie liczy się czas nie tylko w miesiącach, ale nawet w dniach i godzinach. Staraliśmy się oczywiście w ośrodkach, szczególnie w tych, do których trafiali pacjenci z rozpoznaniem z zakresu hematoonkologii, aby nie było oczekiwania w przyjęciu na diagnozę, na wdrożenie właściwego leczenia i to w wielu sytuacjach się udawało. Opóźnienie w diagnozie i leczeniu choroby nowotworowej – jak wynika z symulacji przeprowadzonej przez onkologów z USA i Europy zachodniej – czyli opóźnienie w zgłoszeniu się o trzy miesiące powoduje spadek wyleczalności o 10 proc., a opóźnienie o 6 miesięcy aż o 30 proc. Oczywiście, wiele nowotworów przebiega powoli przez lata i w niektórych ten czas nie jest tak ważny, dopóki nie dojdzie do przerzutów odległych, niemniej ciągle ma znaczenie. Jestem zwolennikiem twierdzenia, że każda sytuacja, kiedy mamy do czynienia z chorobą nowotworową, wymaga działania na hasło „na ratunek”. Dopiero proces szczegółowej diagnozy, zebranie wszystkich danych na temat pacjenta w sposób zindywidualizowany pokazuje, gdzie można sobie pozwolić na pewną zwłokę w postępowaniu, a gdzie trzeba wziąć chorego poza kolejką, natychmiast do terapii, bo inaczej on traci swoje szanse. Istnieje i taki pogląd, że jeżeli nie przeprowadzi się szybko diagnozy i nie podejmie leczenia zgodnie ze standardami, leczenia, które daje najlepszą efektywność i jeżeli ta pierwsza decyzja terapeutyczna jest chybiona, a pacjent nie otrzymuje leczenia adekwatnego do postępu wiedzy medycznej albo jest ono suboptymalne w stosunku do tego, co powinien otrzymać – bo mówimy tu i o chirurgii, i radioterapii, chemioterapii, immunoterapii, hormonoterapii, czyli wszystkich tych metodach, które są wykorzystywane w wielu chorobach nowotworowych – to wtedy szanse pacjenta na całkowite wyleczenie spadają aż o 50 proc.

Jak wyglądała na początku pandemii i jak wygląda teraz sytuacja, jeśli chodzi o dzieci chorujące na nowotwory? U nich komórki rakowe namnażają się jeszcze szybciej niż u dorosłych.

W Polsce nowotwory u dzieci stanowią jeden procent wszystkich – to 1000–1200 zachorowań rocznie. Dzieci najczęściej chorują na białaczki, chłoniaki, nowotwory mózgu i mięsaki tkanek miękkich i kości. Optymistyczna wiadomość jest taka, że mamy całkiem dobrze zorganizowaną pediatryczną sieć ośrodków hematologiczno-onkologicznych, gdzie dostęp do szybkiej diagnostyki i leczenia jest wzorowy. Wyniki leczenia dzieci dzisiaj praktycznie nie odbiegają od tych światowych, bo średnio można wyleczyć w Polsce 70–80 proc. dzieci – to jest bardzo wysoka liczba zważywszy, że nadal wiele dzieci trafia do szpitali z opóźnieniem. Problem, podobnie jak u dorosłych, polega na późnym zgłaszaniu się, bo objawy i dolegliwości, które występują we wczesnej fazie choroby albo umykają obserwacji rodziców, albo próbują oni na własną rękę leczyć dzieci domowymi środkami, uważając, że to nie jest nowotwór. Albo, niestety, trafiają na lekarzy, którzy nie są może adekwatnie wyedukowani i też mogą przegapić pierwsze objawy nowotworu. Dlatego też tak ważne są okresowe badania kontrolne zarówno u dzieci, jak i u dorosłych, u których problem jest podobny. Myślę więc, że tu powinniśmy się przede wszystkim skupić na realizacji ustawicznej edukacji społeczeństwa, prewencji i profilaktyce w oparciu o propagowanie Europejskiego Kodeksu Walki z Rakiem, w którym zaleca się w jaki sposób zmienić styl życia, żeby zmniejszyć prawdopodobieństwo zachorowania na nowotwory nawet o 30–50 proc.

Jak wygląda dostępność, jeśli chodzi o leczenie i diagnostykę dla dzieci w pandemii? Podobnie jak u dorosłych?

Nie mam takich danych, ale wiem, że zjawisko jest podobne; ze względu na ograniczony dostęp do lekarzy pierwszego kontaktu, niezależnie od ich specjalizacji, ale też ze względu na strach przed wirusem i odkładanie na przyszłość wizyty. Wszyscy liczyli na to, że pandemia nie będzie tak długo trwała, a widzimy, że nadal się rozwija i następują kolejne fale zachorowań. Wielokrotnie zarówno onkolodzy dziecięcy, jak i od dorosłych apelowali do społeczeństwa, żeby nie ponieść klęski przez zaniechanie; że trzeba koniecznie dążyć do tego pierwszego kontaktu, nawet niech on będzie za pomocą infolinii, bo jednak dostęp do konsultacji zdalnych był szybszy. Nawet przy wstępnej rozmowie lekarz, który jest przy telefonie, czy wyszkolony pracownik medyczny może od razu wyłapać niepokojące symptomy, nawet może umówić matkę z dzieckiem na wizytę. Poza tym od wielu lat funkcjonuje bezpłatna infolinia w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta. Wiele ludzi dzwoniło tam w pandemii, skarżąc się, że mają utrudniony dostęp do lekarza, i rzecznik interweniował w placówce, która odmówiła konsultacji chorego. Tą drogą więc też można było wiele uzyskać.

Ale wydaje mi się, że dopiero następne miesiące i lata pokażą, ilu pacjentów zgłosi się z wyższym stopniem zaawansowania choroby nowotworowej. Prognozy rzeczywiście są czarne; mówią o znaczącej liczbie takich pacjentów.

Koronawirus upośledza wiele narządów w organizmie człowieka: płuca, serce, nerki, wątrobę, układ nerwowy, wzmaga cukrzycę. Jaki ma wpływ na stan zdrowia ludzi z nowotworami?

Możemy tu mówić o podwójnym obniżeniu odporności chorego, bo już sam nowotwór wpływa niekorzystnie na układ immunologiczny i powoduje obniżenie efektywności jego działania. Po drugie, leczenie onkologiczne, szczególnie chemioterapia, radioterapia, powodują dalsze obniżenie odporności, wymagające leczenia wspomagającego układ krwiotwórczy. A do tego dochodzi jeszcze wirus, który, jak słusznie pani zauważyła, może zaatakować wiele narządów wewnętrznych i spowodować niewydolność wielonarządową organizmu. Jeśli więc to wszystko zbierze się w jednym punkcie czasowym, to dla wielu pacjentów, którzy mają chorobę przewlekłą nowotworową, kończy się tragicznie. A większość ludzi chorujących na raka jest też obciążonych innymi chorobami cywilizacyjnymi, takimi jak nadciśnienie czy cukrzyca, są po zawałach, mają niewydolne narządy w związku z innymi schorzeniami. Dlatego też wielu pacjentów, których dotknął koronawirus, niestety umierało. Teraz słusznie mówi się o tym, że jeżeli tylko będą dostępne szczepionki, to w następnym etapie powinni się zaszczepić przede wszystkim pacjenci z chorobami przewlekłymi w tym właśnie z chorobami nowotworowymi, po uprzedniej konsultacji z lekarzem prowadzącym.

Jeśli już pan o tym wspomniał, to w istocie szczepionki mRna przeciwko koronawirusowi zawdzięczamy właśnie onkologii, prawda?

Mówiąc w dużym skrócie, warto podkreślić, że nie jest tak, iż nagle wprowadzono szczepionkę, która nie została przetestowana. Wiadomo bowiem, że każde badanie kliniczne, zanim pacjent otrzyma możliwość korzystania z nowej terapii, musi przejść określone fazy, dany lek musi zostać dokładnie zbadany, przetestowany i musi mieć grupę kontrolną osób do porównania, bo jedni dostają dany lek, a drudzy dostają placebo. Jeśli chodzi o szczepionki przeciw koronawirusowi, to polegaliśmy już na znanej technologii, która znana jest już od co najmniej 20 lat ze względu na próby naukowców dotyczące bardziej skutecznego leczenia chorób nowotworowych. Krótko mówiąc, naukowcy pracowali nad szczepionką na raka. To spowodowało, że mogliśmy tak szybko uzyskać obecne szczepionki. Ale i tak dalsze obserwacje i badania trwają, bo nie jest tak, że dziś już wszystko wiemy. Nasza wiedza będzie się wzbogacała z każdym następnym miesiącem, zwłaszcza, że dojdą nowe preparaty, które są obecnie w fazie rejestracyjnej.

Od wielu lat funkcjonuje bezpłatna infolinia w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta. Wiele ludzi dzwoniło tam w pandemii, skarżąc się, że mają utrudniony dostęp do lekarza, i rzecznik interweniował w placówce, która odmówiła konsultacji chorego

Rozmawiała Marta Czerwińska

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.