Dziennik Gazeta Prawana logo
E-wydanie

Budownictwo przyszłości: mniej emisji, więcej korzyści dla miast

Budownictwo przyszłości: mniej emisji, więcej korzyści dla miast
Fot. Mat. prasowe x2
Ten tekst przeczytasz w 18 minut

Budownictwo potrzebuje pozytywnych impulsów: za nowymi wymogami powinny iść odpowiednie regulacje oraz zachęty, za sprawą których podążymy szybciej ku pełnej zeroemisyjności, a zarazem zwiększymy konkurencyjność gospodarki – podkreśla Bogusław Lasek, dyrektor marketingu i R&D w HOLCIM POLSKA

W polskich miastach mieszka już ponad 60 proc. ludności naszego kraju. Demografowie wróżą dalszy wzrost tej liczby…

338a70c4-1fbc-42d9-8a05-16e4567c9d5d-38317098.jpg

W skali Europy ten odsetek jest nawet większy: przekracza 70 proc. Reszta świata też zmierza w tym kierunku. Mówimy tu więc o trendzie globalnym. Ludzie masowo przeprowadzają się do miast, upatrując tam szans na lepsze, bezpieczne i komfortowe życie.

Na pierwszy rzut oka miasta – przynajmniej w Polsce – pięknieją, a zarazem Unia Europejska wprowadza nowe regulacje. Dlaczego?

Eksperci policzyli, że wszystkie budynki w krajach Unii Europejskiej odpowiadają za 36 proc. całej emisji CO2 i zużywają ponad 40 proc. energii na tym terenie. To więcej niż jakakolwiek gałąź przemysłu.

A dlaczego przeciętny Europejczyk, w tym Kowalski lub Malinowska, ma się przejmować śladem węglowym?

Szczęśliwie coraz więcej Europejczyków, w tym Kowalskich i Malinowskich, zaczyna rozumieć, że nie chodzi tylko o wymogi wymyślone w Brukseli, ani – jak się dotąd wydawało – abstrakcyjny klimat, lecz przede wszystkim o jakość i komfort naszego życia. Widzimy przecież, co się dzieje wokół: przybywa niepokojących, często niszczycielskich zjawisk pogodowych, związanych – jak wskazują naukowcy – ze zmianami klimatu. One są przyczyną coraz liczniejszych dramatów i tragedii w skali makro i mikro.

W Polsce byliśmy w tym roku świadkami, a właściwie uczestnikami dramatycznej suszy, która na południu przeszła gwałtownie w tragiczną powódź…

– Właśnie. W okresie upałów wiele osiedli naszych miast zmienia się coraz częściej w wyspy nieznośnego ciepła, a chwilę potem mieszkańcy muszą się zmagać z katastrofalnymi ulewami i miejscowymi podtopieniami.

I co na to Unia?

Unia, czyli tak naprawdę my – bo przecież regulacje, o których tutaj mówimy, wzięły się z czysto ludzkiej potrzeby, albo nawet konieczności – stara się w moim przekonaniu pomóc rozwiązać realne problemy, oddalić zagrożenia, a wyzwania i szanse przekuć w lepsze życie i konkurencyjną gospodarkę. Temu służy m.in. nowelizacja dyrektywy w sprawie charakterystyki energetycznej budynków (EPBD).

To powiedzmy sobie szczerze, jak wygląda sytuacja i co jest w najbliższych latach do zrobienia.

Nasze mieszkania i domy odpowiadają za dwa rodzaje śladu węglowego: wbudowany (pierwotny) oraz operacyjny. Pierwszy związany jest z całym procesem powstawania budynku – od zaprojektowania, poprzez technologie produkcji materiałów potrzebnych do budowy i samą budowę, aż po oddanie obiektu do użytkowania.

Jak duży to ślad?

Gdybyśmy to chcieli zmierzyć, to ślad wbudowany odpowiada za ok. 40 proc. emisji, zaś pozostałe 60 proc. bierze się ze śladu operacyjnego, czyli – mówiąc najprościej – z eksploatacji budynków.

Czyli np. tego, ile one zużywają wody oraz energii cieplnej i elektrycznej?

Tak.

A co możemy z tym zrobić w praktyce?

Ślad wbudowany możemy zasadniczo minimalizować, mądrze projektując nasze osiedla i domy, czyli przestrzegając określonych zasad na kolejnych etapach tworzenia i budowy. Chodzi nie tylko o to, by mieszkańcy mieli w swym zasięgu wszystko, czego potrzebują, a więc parki, szkoły, przedszkola, ośrodki zdrowia, szpitale, domy kultury, dobrą komunikację itd., ale też o to, aby właśnie na etapie projektowania minimalizować ryzyka wystąpienia zjawisk, o których mówiliśmy, i zapewnić ludziom komfort życia. A to oznacza, że osiedla i budynki muszą być odporne na zmiany pogody, w tym wysokie i niskie temperatury, a jednocześnie emitować mniej CO2 z ogrzewania oraz konstrukcji.

Czyli postulat, żeby nie betonować wszystkiego, nie jest podyktowany wyłącznie zmysłem estetyki czy miłością do natury, ale też troską, by zapobiec powstawaniu wysp ciepła.

Dokładnie tak. Źródeł zjawiska należy się jednak dopatrywać nie tyle w materiałach, ile w sposobie ich wykorzystania, który może prowadzić do zjawiska „betonozy”. Zasadniczą rolę odgrywa planowanie przestrzenne. Musimy m.in. umieć zachować proporcje między terenem pod zabudowę a obszarem zielonym. To jest pewnym wyzwaniem, zważywszy na to, że coraz więcej ludzi chce mieszkać w miastach, ale zarazem widać, że zdecydowana większość współczesnych nabywców mieszkań oczekuje tej właśnie zieleni. Ogromną rolę do odegrania ma też sam sposób realizacji budowy, np. rodzaj używanych maszyn, transportu itp. I wreszcie kluczowa kwestia, czyli materiały, jakich użyjemy do wybudowania budynku czy całego osiedla.

Jaki efekt możemy tutaj uzyskać?

Dwojaki. Pierwszy jest związany ściśle ze śladem węglowym. Mamy w swojej ofercie całą gamę produktów, w których ten ślad jest zdecydowanie mniejszy niż w większości materiałów dostępnych na rynku oraz tych, których używano w budownictwie w minionych dekadach.

Jakim cudem jest on „zdecydowanie mniejszy”?

„Cudem” innowacji, czyli dzięki zastosowaniu najnowszych technologii, a zarazem za sprawą nowego podejścia do biznesu. Zainwestowaliśmy w ostatnich latach 3,5 mld zł w unowocześnienie zakładów i całego procesu produkcji materiałów budowlanych. Z jednej strony radykalnie zwiększyliśmy wykorzystanie energii ze źródeł odnawialnych i efektywność zużycia energii; w Cementowni Małogoszcz uruchomimy niebawem platformę waste heat recovery, która będzie odzyskiwała ciepło z produkcji klinkieru, podstawowego składnika cementu, aby je spożytkować w dalszym procesie produkcji. Z drugiej strony stale zwiększamy wykorzystanie materiałów będących alternatywą dla surowców kopalnych, w tym naturalnych kruszyw stanowiących zasadniczą część objętości betonu.

Jakich?

Przykładem mogą być popioły lotne, będące odpadem z elektrowni albo żużle powstające przy produkcji stali. Dajemy też drugie życie odpadom budowlanym, pozyskując je z rozbiórek. Jesteśmy na etapie tworzenia hubów, w których będziemy gromadzić różnego rodzaju surowce, przede wszystkim z budownictwa, ale nie tylko, aby je tam segregować w celu powtórnego wykorzystania na wszelkie możliwe sposoby, w tym w roli surowca do produkcji lub paliwa. Do końca tej dekady chcemy mieć pięć takich hubów. Naszą ambicją jest zamknięcie obiegu materiałów w branży budowlanej – zgodnie z ideą gospodarki obiegu zamkniętego.

Nie jest to idea dla idei.

Oczywiście. To inwestycja w niezależność energetyczną i surowcową wzmacniająca naszą konkurencyjność. Ma zatem głęboki sens ekonomiczny. Pozwala produkować i budować więcej, zużywając mniej. Zarazem dzięki wymienionym tu działaniom możemy oferować materiały, w tym cementy i betony, o obniżonym śladzie węglowym, gdyż składniki pozyskane z recyklingu z innych gałęzi przemysłu nie tylko są zdekarbonizowane, ale również w znaczącym stopniu zastępują klinkier.

Jak bardzo ślad węglowy jest obniżony?

Cała Unia porównuje się do roku 1990. W przypadku naszych produktów, o których wspomniałem, ten ślad jest obniżony o przynajmniej 30 proc., a często o 50 proc. W przyszłości będzie to jeszcze więcej. Inwestujemy w technologię wychwytywania CO2, dążąc w ten sposób do zneutralizowania tzw. emisji procesowej, będącej nierozłącznym elementem produkcji klinkieru we wszystkich cementowniach na świecie. Chcemy po 2030 r. dostarczać materiały budowlane o emisji bliskiej zeru.

A jaki jest drugi efekt wykorzystania najnowszych materiałów?

Mówiąc najprościej: pozwalają one zbudować budynek nie tylko niskoemisyjny, lecz także niezwykle przyjazny, komfortowy i oszczędny. Wiele gospodarstw domowych i firm ma problem z rosnącymi rachunkami za ciepło, węgiel, gaz... Wykorzystując nowoczesne materiały izolacyjne i systemy dachowe, możemy przestać to ciepło marnować, a przy tym w ogóle zrezygnować z paliw kopalnych – a więc obniżyć emisję operacyjną. Wykorzystując takie podejście, nie tylko zredukujemy wyspy ciepła, ale również podwyższymy komfort użytkowania. Ważne są też infrastruktura i rozwiązania dla nawierzchni. Żyjemy w kraju o narastającym deficycie wody, dlatego wprowadzamy rozwiązania wspierające retencję deszczówki. Nowoczesne materiały i oparte na nich innowacyjne rozwiązania, jak np. beton wodoprzepuszczalny, pozwalają mnóstwo tej wody zaoszczędzić – bez pogorszenia jakości nawierzchni.

Jeśli w ten sposób spojrzymy na dyrektywę budynkową (EPBD), to…

…przestaniemy w niej widzieć zestaw kolejnych wymogów, które jakaś anonimowa Unia każe nam spełnić, a dostrzeżemy wielką szansę na radykalną poprawę jakości i komfortu naszego życia oraz zwiększenie bezpieczeństwa naszych domów, miast, osiedli w obliczu nasilającego się kryzysu klimatycznego. Dyrektywy to są drogowskazy. Od nas zależy, w jaki sposób będziemy się nimi kierować i jak wykorzystamy nowe możliwości.

A gdyby budował pan dzisiaj dom dla siebie, to byłby on zeroemisyjny?

Oczywiście, że byłby to zeroemisyjny dom wybudowany z materiałów przyjaznych dla środowiska, wyposażony w urządzenia podnoszące jego efektywność energetyczną i powodujące, że komfort życia mojej rodziny i mój byłby możliwie najlepszy. Podobną maksymą kierowałem się zresztą kilkanaście lat temu, budując dom, którego jestem użytkownikiem.

Ale taka budowa kosztuje. Niektórzy twierdzą, że nawet dwa razy więcej niż w przypadku „zwykłego domu”.

To mit. Ta różnica nie jest aż tak wielka, choćby dlatego, że wymogi wobec „zwykłych domów” także wzrosły, a zarazem stale zwiększają się koszty ich eksploatacji. Jeśli skupimy się na samych materiałach budowlanych, to warto zauważyć, że np. koszt cementu stanowi około 2 proc. ogólnych kosztów budowy domu, a koszt betonu – 5 proc. Mamy więc z jednej strony na szali te 2 i 5 proc., a na drugiej materiały i rozwiązania, w których ślad węglowy jest zredukowany o 30 proc., a nawet o 50 proc., a od 2030 r. w wielu wypadkach w ogóle go nie będzie. Zwiększając koszt materiałów między 5 a 10 proc., nie windujemy jakoś radykalnie kosztów całej budowy, a zyskujemy komfort i zarazem poczucie, że przyczyniliśmy się do jakości środowiska, w którym żyjemy.

Niektórzy myślą, że materiały o obniżonej emisyjności mają gorsze właściwości i niższą trwałość niż „stare sprawdzone”.

To kolejny absurdalny mit. To trochę tak, jakby twierdzić, że technologie sprzed 100 lat były lepsze od współczesnych. Tymczasem wszystkie technologie, w tym budowlane, bardzo mocno się rozwinęły. Szczęśliwie z wykształcenia jestem inżynierem budownictwa, konstruktorem, więc dla mnie trwałość i niezawodność konstrukcji jest zawsze priorytetem. Mamy sieć laboratoriów i centrów badawczo-rozwojowych, w których naukowcy pracują nad nowymi rozwiązaniami i zarazem dbają, aby wszystkie materiały, które dostarczamy na rynek, miały wymaganą trwałość i jakość. Prawda jest taka, że nasze produkty o obniżonej emisji nierzadko mają cechy użytkowe lepsze niż standardowe produkty na rynku.

A jak z postępu technologicznego mogą skorzystać właściciele już istniejących budynków?

W Polsce prawie 4 mln budynków nie spełni kryteriów dla budynków nisko- czy zeroemisyjnych. Każdy z nich powinien być poddany termomodernizacji. Możemy to traktować jak koszt, który trzeba ponieść, ale jeśli uwzględnimy niższe zapotrzebowanie na ciepło i znacznie niższe koszty użytkowania tego budynku po modernizacji, to – przy rosnących cenach energii – my te pieniądze szybko odzyskamy. Równocześnie poprawimy sobie komfort życia, bo termomodernizacja to proces zwiększający nie tylko efektywność energetyczną budynku, ale też wygodę jego użytkowania. Obecnie jesteśmy na etapie wdrażania systemów – zarówno opartych na wełnie mineralnej, jak i tych bazujących na styropianie (będą dostępne od kwietnia 2025 r.) – traktujemy to jak wyzwanie i zarazem wielką szansę na rozwój biznesu. Dotyczy to również naszych dostawców i kooperantów.

To porozmawiajmy o nastawieniu biznesu. Bo że ten duży, jak wy, jest entuzjastą zmian i dostrzega w nich szansę rozwojową, to widać, ale wielu mniejszych przedsiębiorców widzi tylko kolejne koszty i biurokratyczną mitręgę związaną zwłaszcza z obowiązkiem raportowania różnych rzeczy.

Faktycznie, mocno brakuje w sferze publicznej jasnego przekazu, po co to wszystko robimy i chcemy robić. Na pewno warto nad tym popracować: punktem wyjścia są przecież realne potrzeby ludzi. Na przykład dzięki obowiązkowi raportowania każdy właściciel i użytkownik mieszkania zyska pełną świadomość tego, w jaki sposób jego budynek został zbudowany, jaki ma ślad wbudowany, jak wpływa na środowisko, ile energii zużywa i co można z tym zrobić. Ludzie chcą to wiedzieć, by działać.

Podobnie jest z przedsiębiorcami?

Tak. Druga dyrektywa, która wywrze ogromny wpływ na sektor budowlany, nakładająca konieczność raportowania ESG, może być traktowana jako mitręga, ale o wiele mądrzej podejść do niej jak do wielkiej szansy na uporządkowanie i zoptymalizowanie w firmie wielu spraw. Szczególnie w branżach energochłonnych i wysokoemisyjnych stanowi istotne wyzwanie, ale przede wszystkim jest szansą na budowanie przewag konkurencyjnych, mitygowanie ryzyk oraz poprawę wizerunku przemysłu.

A ETS 2?

Dyrektywa modyfikująca europejski system handlu uprawnieniami do emisji CO2 ma być narzędziem służącym podnoszeniu europejskiej konkurencyjności. Słusznie dowodzi w swym słynnym już raporcie Mario Draghi, że nie utrzymamy jako gospodarki europejskie swojej konkurencyjności na rynkach, jeżeli nie przejdziemy całej drogi dekarbonizacji. W segmencie budownictwa ta droga zaczyna się na etapie koncepcji i wyboru miejsc, w których budujemy, oraz selekcji materiałów, z których budujemy, a kończy na etapie wykreowania i eksploatacji obiektu w pełni zeroemisyjnego. Taki jest cel i my wiemy, że on jest dobry dla wszystkich.

Ale my odniesiemy korzyści z tej rewolucji pod pewnymi warunkami. Na przykład wy, jako producent, musicie znaleźć zrozumienie i wsparcie dla swoich działań w szeroko pojętej sferze publicznej, począwszy od odpowiednich regulacji dotyczących np. wychwytywania i magazynowania CO2. Na zrozumienie swych potrzeb i wsparcie liczą także inwestorzy, zwłaszcza Kowalski i Malinowska, ale też ci duzi, instytucjonalni, kierujący się dziś w przetargach głównie kryterium ceny.

Bardzo ważne jest to, że wraz z dyrektywami przewidywane są też środki na ich realizację. Te pieniądze mogą służyć do tworzenia systemu zachęt, dofinansowań, ulg, podnoszących atrakcyjność inwestycji, o których tu mówimy i wydatnie skracających czas ich zwrotu. Zgodziliśmy się przy tym, że istotne jest też podnoszenie świadomości wszystkich uczestników procesu budowlanego – od projektantów i inżynierów, przez producentów materiałów i wykonawców, po inwestorów i użytkowników.

Wiemy, że dużo pieniędzy z Krajowego Planu Odbudowy ma być przeznaczone na termomodernizację istniejących budynków.

Od legislatora zależy, jak ten proces będzie w Polsce poprowadzony i czy my te pieniądze wydamy mądrze. Sensowne prawodawstwo, oparte na danych i faktach, kreujące skuteczny i zarazem sprawiedliwy system ulg i zachęt, otworzy szansę na to, że faktycznie zainwestujemy unijne środki w lepszą przyszłość. Wszystko zdaje się zmierzać w dobrym kierunku, ale ważne jest, by cały oparty na tych przepisach proces inwestycyjny przebiegał w sposób transparentny, żeby nie było nadużyć, żeby te pieniądze zostały rozdysponowane dokładnie tam, gdzie są potrzebne.

Stawiający nowe budynki też będą potrzebowali zachęt?

We wszystkich krajach UE sygnalizowana jest taka potrzeba. Zachętą może być niższe opodatkowanie nieruchomości, łatwiejszy dostęp do pozwolenia na budowę czy decyzji środowiskowych, niższe oprocentowanie kredytów, a także promowanie wykorzystania zrównoważonych rozwiązań w politykach publicznych i przetargach. My, jako nowoczesny przemysł oparty na najbardziej zaawansowanych technologiach w Europie i świecie, możemy doradzić, jak powinno wyglądać supernowoczesne budownictwo: od projektowania budynków po termomodernizację już istniejących. Naszym zdaniem konieczne jest tutaj wprowadzenie jednolitych kryteriów oceny i klasyfikacji produktów pod kątem emisyjności.

Istnieją już wiarygodne narzędzia pozwalające ocenić ślad węglowy.

Tak. Przykładem jest life cycle assessment (LCA), czyli oparta na międzynarodowych standardach środowiskowa ocena cyklu życia budynku. Pozwala zweryfikować oddziaływanie obiektu na środowisko i wyrazić to w wymiernych wartościach. Dobrze by było, gdybyśmy wzorem innych krajów, jak Włochy, Finlandia czy Szwecja, już dziś zaczęli się takimi narzędziami posługiwać. Wszyscy, od projektantów i inwestorów po wykonawców i użytkowników, zyskaliby wtedy kryteria porównawcze i wiedzę, jakie materiały należy wykorzystać, z jakim producentem się związać i jak można prowadzić optymalny proces budowlany.

Jesteście częścią większego łańcucha dostaw, kooperacji – i wartości. Co z tymi, którzy funkcjonują w tym łańcuchu i boją się zmian albo są im z różnych powodów niechętni?

Mamy ambicję być kołem zamachowym procesu zmian, a to oznacza, że chcemy wspierać wszystkich, którzy funkcjonują w najszerzej pojętym sektorze budowlanym. Strach i opór niektórych wynika często z braku niezbędnych informacji albo braku wsparcia. Staramy się wypełnić tę lukę. Dobra wiadomość jest taka, że świadomość nieuchronności zmian i zarazem szans, które się z tymi zmianami wiążą, wzrosła w środowisku ekspertów i specjalistów działających w branży budowlanej. Dotyczy to coraz większej liczby architektów i inżynierów, którzy chcą budować inaczej, wiedzą, że są takie możliwości i poszukują rozwiązań, które im to umożliwią. Naszą rolą jest dostarczanie im wiedzy, precyzyjnych informacji technicznych umożliwiających projektowanie z wykorzystaniem cech użytkowych najnowszych produktów i technologii. Mamy dla wszystkich wyrobów niezbędne informacje umożliwiające projektowanie oraz ich porównanie z innymi materiałami, mamy pakiety szkoleniowe, a nasze produkty są w systemie nowoczesnego projektowania BIM.

A jaka jest świadomość wykonawców?

Żeby zastosować nowoczesne materiały o obniżonym wpływie na środowisko, wola projektanta i wykonawcy musi się spotkać z wolą inwestora. Ten zaś, w obecnych realiach, myśli przede wszystkim o obniżeniu kosztów. Tkwimy przez to często w pułapce, z której może nas wyrwać jedynie wspomniany wcześniej system zachęt. Potrzebne są impulsy – za wymogami prawnymi musi iść wsparcie, za sprawą którego cały łańcuch wartości w budownictwie będzie podążać w pożądanym kierunku, czyli ku budownictwu w pełni zeroemisyjnemu. Impulsem może być także nowe podejście do zamówień publicznych – chodzi o to, by uwzględnić w nich nie tylko wszystkie nowe wymogi, lecz także poprzez postawę i realne działania sektora publicznego kształtować pożądane trendy i wzmacniać w ten sposób rynek zrównoważonych rozwiązań w budownictwie.

Wierzy pan, że takie impulsy rychło się pojawią?

Jestem dobrej myśli, bo z jednej strony widzę, że w coraz większym stopniu stajemy się kołem zamachowym napędzającym pozytywną zmianę, a z drugiej – w naszym otoczeniu rosną świadomość i zrozumienie, po co ona się dokonuje. Doskonale wiem, że dla przedsiębiorców liczą się pieniądze i absolutnie nie można pomijać opłacalności prowadzenia biznesu, rentowności firm, ale jestem przekonany, że jeśli nasze państwo stworzy ku temu odpowiednie warunki i umiejętnie przejdziemy cały proces dekarbonizacji, to rentowność i konkurencyjność przedsiębiorstw w Polsce i w całej Europie się zwiększą, a jednocześnie będziemy mieli szansę na zmniejszenie tempa zmian klimatycznych na świecie.

Rozmawiał Zbigniew Bartuś

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.