Krótka historia jabłka, czyli dlaczego benefity się nie zestarzały, a wręcz przeciwnie
P amiętam, jak swego czasu wędrując ulicami Mordoru, zerkałem w telefon i uśmiechałem się, czytając memy o owocowych czwartkach. Powstawały i cieszyły się popularnością, bo zamiast jabłek pracownicy biur zdecydowanie preferowali przysłowiową brzęczącą monetę.
Tu wyjaśnienie dla tych, którzy nie spotkali się z pojęciem zaczerpniętym z „Władcy pierścieni”: Mordorem ochrzczono fragment warszawskiego Mokotowa, kiedyś raczej o charakterze przemysłowym, gdzie wyrosła dzielnica biurowa. Były tam biura i zasadniczo nic innego, poza kilkoma lokalami gastronomicznymi i przychodniami oraz przedszkolem przytulonym do jednego z biurowców. Nie była to najbardziej urokliwa część stolicy.
Niemniej jednak przebywanie w Mordorze wyostrzyło zmysły tamtejszej społeczności wrażliwej na wszystko, co korporacyjne. Narodziło się nawet medium „Głos Mordoru”.
W każdym razie, jeśli idzie o różne sympatyczne świadczenia, takie jak właśnie owocowe czwartki, w Mordorze dominowała narracja „kasa, misiu, kasa”. A nie – jabłka. Bo choć nie były to już osławione lata 90., na brak zajęć nikt nie narzekał. Nie żeby to było coś złego, w końcu pensji nie otrzymuje się za darmo, a gdyby nie pracodawcy, pracownicy nie mieliby propozycji pracy.
Tu jeszcze wyjaśnienie dla pokolenia Z, które nie wie, o co chodzi z tymi latami 90. Najlepiej pokaże to anegdota: jest godzina 17.00, po ośmiu godzinach pracy w renomowanej firmie jeden z pracowników wstaje od biurka, na co pozostali patrzą na niego ze szczerym zdziwieniem. „Ja mam urlop” – wyjaśnia.
Od moich wędrówek po ulicach Mordoru minęła dekada z okładem. Podczas pandemii okazało się, że firmy potrzebują mniejszej powierzchni biurowej wobec rozwoju pracy zdalnej. Tak pozostało do dzisiaj, co do zasady pracownicy mogą częściej niż kiedyś pracować spoza biur, nie opuszczając swojej zielonej krainy Shire (jeszcze jedna aluzja do dzieła Tolkiena). To był początek końca idei Mordoru jako kwartału skupiającego wyłącznie biura. Są tam nadal, ale stało się jasne, że ich skupienie i dominacja w takiej skali jak kiedyś nie było najszczęśliwszym pomysłem. A samo miejsce się zmienia, na ile to możliwe, wpisując się lepiej w tkankę miejską.
Zmieniło się też podejście do owocowych czwartków. Twierdzenie, że płaca straciła na znaczeniu, byłoby oczywiście nieprawdą, ale po doświadczeniach ostatnich lat (pandemia, wojna itd.) takie kwestie jak zdrowie, work–life balance, dobrostan są rozpatrywane w firmach na poważnie. Nie we wszystkich, jasne – ale jeśli już, to raczej się udaje, że nie istnieją, niż publicznie je deprecjonuje. Dla mnie osobiście kosze owoców wystawiane w biurach są okazją, aby zagonieni w codziennych obowiązkach pracownicy mogli spożyć smaczne produkty z witaminami, podstawione pod nos.
Cała sprawa jest oczywiście szersza i dotyczy de facto benefitów pozapłacowych. Wracając do doświadczeń ostatniej dekady: wszelkie rozwiązania, które pomagają pokonać uczucie niepewności (np. polisy ubezpieczeniowe), zadbać o zdrowie (opieka medyczna, zajęcia ruchowe), rozwijać się (oferta edukacyjna) i wszelkie inne propozycje pozwalające zadbać o własne potrzeby są w cenie. To jest ten pierwiastek osobisty w ofercie pracodawców, który w dzisiejszych czasach świeci kuszącym blaskiem. Jest w tym również argument ekonomiczny. Grupowe produkty ubezpieczeniowe czy prywatna opieka medyczna są po prostu tańsze, gdy oferuje je pracodawca, stoją za tym korzyści skali. Mniej bywa też formalności.
Zaniedbywanie kwestii benefitów pozapłacowych jest dziś dla pracodawców ryzykowną strategią. Dobra wiadomość jest taka, że relatywnie niewielkim kosztem można tu wiele zyskać w relacjach z pracownikami.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu