Renesans atomu
Według ośrodka badawczego BloombergNEF w rozpoczynającym się właśnie roku ma zostać uruchomionych 15 nowych reaktorów o łącznej mocy ok. 12 GW. Statystyki te wyraziście kontrastują z bilansem 2025 r., kiedy to – w tle toczących się już debat o atomowym renesansie – do sieci przyłączono mniej niż 2 GW nowych mocy jądrowych, za to ostatecznie wyłączono z eksploatacji prawie 3 GW, a pracę kilku kolejnych reaktorów wstrzymano przynajmniej do czasu przedłużenia licencji. Do końca dekady spodziewane jest uruchomienie ponad 50 bloków jądrowych – wynik, na który ostatnio trzeba było czekać prawie dwa razy dłużej.
Ostatni moment, kiedy na świecie udało się doprowadzić do większej niż planowana fali przyłączeń, nastąpił pod koniec lat 80. Wówczas to, w dużej mierze siłą rozpędu, do szczęśliwego finału „dotoczyła się” budowa dziesiątek inwestycji inicjowanych w latach poprzedzających katastrofę czarnobylską. Przytłaczająca większość z nich zasila odbiorców w zachodniej Europie, Stanach Zjednoczonych, Japonii i Kanadzie – w tamtym czasie niekwestionowanych liderów technologii jądrowych. I jeśli dziś można mówić o oczekiwaniu na jądrowe odrodzenie, to dotyczy ono przede wszystkim właśnie tego grona, niegdyś wiodących ośrodków, reprezentujących szeroko pojęty świat zachodni.
Cienie Czarnobyla i Fukushimy
Tym, co najmocniej zaburzyło ostatnie dekady, jest bowiem nie tyle atrakcyjność technologii czy ogólna kondycja branży, ale geopolityka. Mimo wydarzeń z Czarnobyla z 1986 r. i Fukushimy z 2011 r., na kryzys nie mogą narzekać Chiny ani Rosja. W Chinach przez ostatnie 15 lat uruchamiano średnio trzy reaktory jądrowe rocznie. Nieźle radził sobie też Rosatom, który finalizował w tym samym czasie mniej więcej jedną jednostkę rocznie (niemal połowę na rynkach eksportowych).
Całemu zachodniemu przemysłowi jądrowemu, na który składały się aktywa wielu krajów, na czele z USA i Francją, udało się tymczasem od początku bieżącej dekady doprowadzić do końca jedynie (i to w ogromnych bólach) trzy ciągnące się od wielu lat projekty: dwa reaktory w amerykańskiej elektrowni Vogtle i po jednym we Francji oraz w Finlandii. W całym zaś poprzednim dziesięcioleciu reaktorów zachodniej konstrukcji udało się uruchomić siedem. Przy czym sześć z nich wybudowano w Chinach, a jedyny zrealizowany w USA wyjątek potwierdzający regułę był odmrożonym po przerwie projektem z lat 70. W krajach geopolitycznie bliskich Zachodowi nieco lepiej radził sobie jedynie przemysł południowokoreański, który od czasu Fukushimy ukończył siedem reaktorów we własnym kraju i cztery kolejne poza swoimi granicami.
Rozpęd dopiero w latach 40. XXI w.
Z tego punktu widzenia najbliższy rok nie będzie jeszcze początkiem nowej epoki. Z ponad 60 reaktorów będących w budowie na całym świecie prawie połowa znajduje się w Chinach, podium dopełniają zaś Rosja i Indie. Po cztery reaktory budują się w Turcji i Egipcie, które zdecydowały się na zakup technologii rosyjskiej. Rosatom jest też dostawcą jedynego bloku powstającego obecnie w Unii Europejskiej, który powinien rozpocząć pracę w 2026 r. – w słowackiej elektrowni Mochovce. Dwa projekty, które mają szansę przynieść względnie szybkie owoce za oceanem, to przedsięwzięcia polegające na restarcie przedwcześnie wygaszonych (z punktu widzenia możliwości technicznych) reaktorów w elektrowniach Palisades i Three Mile Island.
W Polsce możemy mieć nadzieję na skonkludowanie – oby na korzystnych dla kraju warunkach – negocjacji z amerykańskim konsorcjum (Westinghouse i Bechtel) w sprawie kontraktu na budowę elektrowni na Pomorzu, pierwsze zamówienia na kluczowe komponenty i rozpoczęcie przygotowań terenu budowy. Na dobre ruszyć powinno też postępowanie na drugą elektrownię, które na razie sprowadza się do realizowanych przez Polską Grupę Energetyczną badań lokalizacji i wstępnych rozmów z potencjalnymi partnerami z USA, Francji, Kanady i Korei Płd.
Większość projektów z nowej fali, wiązanej z hasłem jądrowego renesansu, jest – jak polska elektrownia czy bardziej od niej zaawansowane projekty z Wysp Brytyjskich (Sizewell C), Węgier (Paks II) czy Rumunii (Cernavodă) – dopiero na etapie mniej lub bardziej zaawansowanych przygotowań i nie ma widoków na finalizację w tej dekadzie. Jedynym wyjątkiem jest wkraczająca w ósmy rok budowa dwóch reaktorów brytyjskiej elektrowni Hinkley Point C. Na osiągnięcie pełnego rozpędu można zaś liczyć dopiero bliżej przełomu lat 40. XXI w., kiedy jest planowane ukończenie pierwszych z większych serii reaktorów AP1000 i EPR2 w krajach macierzystych (USA i Francji).
AI wymaga energii
Miks energetyczny – promowany choćby w ramach niemieckiej Energiewende – oparty na kapryśnych dostawach energii z wiatru i słońca (uzupełnianych tanim gazem i innymi technologiami bilansującymi) oraz poprawie efektywności wykorzystania energii mógł nieźle pasować do realiów Europy sunącej w ponowoczesnym dryfie. Ten model transformacji miał szansę się sprawdzić w realiach postępującej ucieczki przemysłu i redukcji zużycia energii. Z kolei technologia jądrowa, łącząca brak emisji z obfitością dostarczanej energii, daje nadzieję na pogodzenie celów dekarbonizacji z bezpieczeństwem, konkurencyjnością i reindustrializacją gospodarki. Dlatego, choć nad opowieścią o odrodzeniu – zwłaszcza w kontekście roli, jaką miałyby w niej odegrać mniejsze reaktory – unosi się aura marketingowej przesady, to ukończenie choćby połowy będących w toku w naszej części świata inwestycji byłoby osiągnięciem, które dałoby szansę na pokrycie znacznej części podniesionego zapotrzebowania na prąd, wynikającego m.in. z rozwoju sztucznej inteligencji.
Nie bez znaczenia wydaje się także fakt, że atom może przyczynić się do stworzenia atrakcyjnych miejsc pracy w energetyce i jej łańcuchu dostaw oraz pobudzenia innowacyjności – w czasie, gdy inne jej gałęzie albo mają w tym zakresie ograniczony potencjał, albo zostały, w swoich najbardziej wartościowych ogniwach, skutecznie zdominowane przez Chiny.
Polska na szpicy tej ofensywy
W dużej mierze z tych okoliczności wynika proatomowa ofensywa uruchomiona już przez poprzedników Donalda Trumpa, a znacząco wyeskalowana przez obecnego prezydenta USA. Jego ekipa realizuje renesans krajowego przemysłu jądrowego, tak jak inne strategiczne priorytety, instrumentami bezceremonialnego interwencjonizmu i gospodarki wojennej. W tym samym miejscu biją też źródła stopniowej ewolucji polityki wobec atomu możliwej do zaobserwowania w Komisji Europejskiej. I to pomimo zwyczajowych oporów tej instytucji przed podobnymi zmianami czy tego, że kluczowe stanowiska w kolegium komisarzy zajmują niedawni sceptycy, Dan Jørgensen i Teresa Ribera. Nie wspominając o tym, że zdecydowana większość krajów UE stanowiła jeszcze do niedawna potężny front przeciwników energii jądrowej. O ile wiele stolic i ośrodków wciąż pilnuje, by jej rozwój nie zagroził interesom branży OZE, to na szańcach ortodoksyjnego antyatomizmu pozostali już bodaj tylko Austria, większość europejskich Zielonych i część sektora pozarządowego. Dlatego plany przedwczesnego wycofania z eksploatacji reaktorów coraz częściej zastępują licencje na przedłużoną pracę i uchylanie zakazów dotyczących budowy nowych instalacji.
Dopiero sukces lub porażka kampanii inwestycyjnych najbliższych kilkunastu lat zdecyduje o tym, czy Europie, Ameryce i jej partnerom ze wschodniej Azji uda się odzyskać zdolności do taśmowej realizacji reaktorów i w konsekwencji dawną silną pozycję na rynku technologii jądrowych. A to oznacza, że Polska jako inicjatorka jednego z kilku największych w ostatnich latach programów inwestycyjnych w tej dziedzinie (przypomnijmy: w planach są minimum dwie elektrownie o łącznej mocy 6–9 GW, a do tego dojść może przynajmniej kilka projektów SMR) będzie za wynik tej ofensywy współodpowiedzialna. ©Ⓟ

